Karnawał blogowy #42 – Horror, nie sesja

Karnawał blogowy RPG 2013Na początku kwietnia Krzemień ogłosił temat kolejnej edycji Karnawału Blogowego. Tym razem padło na nasze RPGowe koszmary – opis najgorszej sesji, w której braliśmy udział.

Dawno, dawno temu, gdy byłem jeszcze studentem, udało mi się zgadać z kumplem mojego znajomego z roku. Od słowa do słowa – horrory, fantastyka, planszówki – szybko okazało się, że mamy sporo wspólnych zainteresowań. Dodatkowo gość regularnie, od 2-3 lat grywał w Warhammera.

Podczas kolejnego spotkania okazało się, że jego obecna ekipa szuka jeszcze jednego gracza. Darowanej sesji w zęby się nie zagląda, prawda?

Gramy w lodówce?

Początkowo planowaliśmy rozegrać sesję w mieszkaniu naszego MG, ale jak to czasem bywa wśród licealnej i studenckiej braci erpegowej, jego rodzina pokrzyżowała te plany. Pozostał nam do dyspozycji garaż położony za blokiem. Ot, zwykła blaszana buda przerobiona na kanciapę ze stolikiem turystycznym otoczonym krzesełkami. Nie w takich warunkach przyszło Wam grać, prawda?

Cóż, ja też miałem za sobą spore doświadczenie w graniu w piwnicach, strychach i garażach, ale ta miejscówka była chyba najbardziej hardcore’ową z prostego powodu – był środek mroźnej zimy, a w środku nie było żadnego ogrzewania. Gdy trafiłem na miejsce, chłopaki siedzieli tam już z pół godziny, więc miejsce zdążyło się odrobinę zagrzać, ale podejrzewam, że temperatura była bliska 0 stopni.

Zgrana drużyna to podstawa!

Na początku tworzyliśmy postaci, w dodatku każdy z nas dostał garść PDków na start. Parę rzutów, kilka decyzji i drużynka gotowa. Mistrz Gry nie protestował przeciwko nawet najbardziej „wykręconym” pomysłom i stwierdzał, że da radę nas połączyć. Mieliśmy więc w drużynie fanatycznego kapłana Sigmara, złego mrocznego elfa – zabójcę, bretońskiego fircyka-bawidamka (moja postać) i tajemniczego gościa z mutacjami.

Sesja rozpoczęła się od popijawy w karczmie w Imperium, podczas której z bliżej nie określonego powodu bawiliśmy się razem. Po krótkim opisie urwał nam się film (alkohol był zatruty) i obudziliśmy się na statku płynącym do Norski.

Mordercze tempo akcji

Otrucie i porwanie przez Norsmenów okazało się być sposobem na zebranie drużyny. Zjednoczeni przeciw wspólnemu wrogowi zaczęliśmy protestować i domagać się wyjaśnień od bohaterów niezależnych. Kapitan zbył nas słowami „wszystkiego dowiecie się na miejscu”, a załoga nie miała najmniejszej ochoty z nami rozmawiać.

Mistrz Gry opisywał mijające dni podróży, po czym oczekiwał deklaracji. Okazało się, że niezbyt mamy co robić, bo kolejne nasze akcje palą na panewce torpedowane przez prowadzącego. Jasnym stało się, że mamy dotrzeć na miejsce, a wszelki opór jest daremny i skazany na porażkę. W tej formie podróż ciągnęła się przez jakieś dwie godziny sesji. W końcu dotarliśmy do małej wioski położonej na północy Norski i spotkaliśmy tamtejszą „widzącą”, która wyjaśniła nam sytuację (może lepiej ująć to słowami „dała nam questa”).

Mistrzu Gry, czy mogę coś zrobić?

W pobliskiej wieży od wielu lat mieszkał nekromanta. Mieszkańcy wioski postanowili się go w końcu pozbyć, więc wyruszyli do Imperium i sprowadzili ludzi, którzy się tym zajmą (czyli nas). Jeśli pójdziemy do wieży i go zatłuczemy, zostaniemy wynagrodzeni i puszczeni wolno. Jeśli odmówimy, czeka nas wygnanie i powrót do Imperium na własną rękę. No cóż…

Po cichu liczyłem, że być może sesja wreszcie wyrwie z kopyta. Do naszej ekipy naprędce dokooptowany został miejscowy wojownik, po czym ruszyliśmy do wieży. Po drodze czekało nas spotkanie ze sługusami nekromanty, w trakcie którego rzeczony Norsmen zabłysnął umiejętnościami kasując połowę przeciwników.

Kolejna część sesji to mozolne przedzieranie się przez sale wieży w poszukiwaniu wrogów. Ot, z sesji zrobił się zwykły dungeon crawl, w którym wchodziliśmy do kolejnych pomieszczeń, w których wiało pustką i nudą.

Mieliśmy okazję wykonać sporo rzutów, ale powodzenie w teście, nie owocowało niczym ciekawym. Za to przy każdym nieudanym rzucie trafialiśmy na paskudną pułapkę. Szybko traciliśmy kolejne Punkty Przeznaczenia i zastanawialiśmy się, czy dotrwamy do walki z Bossem levelu. Co ciekawe, Norsmen charakteryzował się prawdziwym szóstym zmysłem i cudem unikał wszelkich niebezpieczeństw.

Przynajmniej na koniec będzie epicka walka!

W końcu mocno poharatani dotarliśmy do komnaty nekromanty i starliśmy się z nim w finałowej walce. Główny zły okazał się być twardym zawodnikiem i w ciągu pierwszych dwóch rund rozłożył na łopatki naszych bohaterów. Resztę sesji mieliśmy spędzić patrząc na kolejne testy wykonywane przez prowadzącego i słuchając jego opisów.

Prowadzony przez Mistrza Gry Norsmen oparł się złowrogiej potędze i w starciu trwającym dobre kilkanaście minut zabił nekromantę. W tym miejscu prowadzący przerwał opis i stwierdził (ku mojej uldze), że musi przerwać sesję, bo przygotował tylko tę część scenariusza.

Podsumowanie #1: Najgorsza sesja ever?

Pod koniec sesji byłem zmarznięty na kość i solidnie wkurzony, z poczuciem zmarnowanych kilku godzin z nieźle zapowiadającej się soboty. Sesja była reżyserowana przez Mistrza Gry praktycznie od początku do końca. Gdy gracze próbowali wykazać jakąkolwiek inicjatywę, dostawali po łapkach. W dodatku pierwsze skrzypce grał bohater niezależny – Norsmen, nasz heros i wybawca (a równocześnie dawna postać prowadzącego), reszta postaci była najzwyczajniej w świecie zbędna.

Podsumowanie #2: Jak prowadzić kiepskie sesje, które podobają się graczom?

Na zakończenie MG powiedział, że podczas prowadzenia przyszło mu do głowy kilka pomysłów, jak pociągnąć dalej przygodę i chętnie zrobi z tego całą kampanię – następna sesja już za tydzień! Pozostali gracze zareagowali z nieskrywanym entuzjazmem i przyklasnęli temu pomysłowi. Szok?!

Okazało się, że chłopaki grają w młotka w tym składzie już od paru lat i praktycznie dla wszystkich (poza prowadzącym) był to jedyny kontakt z RPG. Żaden z nich nie miał ochoty przejąć pałeczki od MG, woleli grać i dobrze się bawić. W dodatku dość alergicznie reagowali na wszelkie zmiany – gdy zaproponowałem, że ewentualnie mogę poprowadzić jakiś inny system, nie wykazali chęci. W ich mniemaniu istniał znak równości między RPG, a Warhammerem w (niezbyt kanonicznej) wersji ich prowadzącego.

W mojej późniejszej erpegowej karierze spotykałem takie ekipy graczy jeszcze kilka razy. Zawsze schemat był ten sam – gracze bez doświadczenia, MG przekonany o wyższości własnego prowadzenia i Jedyny Prawdziwy System w Jedynej Poprawnej Wersji.

Chcesz iść na łatwiznę, prowadzić cienkie sesje i sadzić masę błędów? Przygarnij świeżych graczy i ich sobie wychowaj, a Twoje życie będzie łatwiejsze.

 

2 komentarzy

  • No wiesz, są jeszcze takie przypadki jak Żona GMa, która nie ma ochoty i po prostu nie widzi sensu w granie wg tego co GM mówi…ech koszmar z Morzem w tle ;)

    • @Succubus

      Tamta ekipa też była patologiczna i podpadała pod „wychowanie sobie graczy” przez MG i jego żonę.

Dołącz do dyskusji

Możesz używać HTML tagów i atrybutów: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>